„DOOM”, gra legenda i jeden z najważniejszych tytułów w historii gier, który zapoczątkował cały gatunek FPS. Wydany w 1993 roku, doczekał się rok później kontynuacji, która była jeszcze lepszą wersją części pierwszej. Na kolejną odsłonę przyszło nam czekać 10 lat i wydany w 2004 roku „DOOM 3” jest chyba najbardziej polaryzującym tytułem wśród fanów serii. Gra odeszła bowiem od szybkiego strzelania na rzecz gry bardziej w stylu survival horroru, z potężną ilością wiadomości i audiologów, które budowały bardzo złożoną historię świata gry, co mnie osobiście przypadło do gustu. Potem marka zeszła ze sceny, zastąpiona przez Quake’a, a stara gwardia id Software wykruszyła się prawie do reszty. I to nowy narybek w 2014, a w 2016 wypuścił odświeżonego „DOOMa”, który graficznie i rozgrywkowo po prostu pozamiatał.
Tytuł ten dawał graczom wszystko, czego tylko mogli chcieć – świetny i bardzo brutalny model biegania, strzelania i rozrywania demonów gołymi rękami na strzępy, kodeks pełny dokładnych zapisków o wszystkich miejscach, broniach, postaciach i potworach w grze oraz fenomenalnie wyglądające etapy, pełne wartkiej akcji i różnego rodzaju sekretów do odkrycia. A wszystko to okraszone zostało doskonałą mieszanką muzyki elektronicznej i metalu w wykonaniu Micka Gordona. Wszyscy grą byli jednoznacznie zachwyceni. Idąc za ciosem, w 2020 roku wypuszczono „DOOM Eternal”, który dość mocno zmieniał nacisk na pewne elementy rozgrywki i tym razem podzielił fanów. Mnie akurat ta część nie przypadła specjalnie do gustu i po przejściu jej na 100% na Ultra-Violence nie zamierzam już do niej nigdy wracać – była po prostu zbyt męcząca. Później nastał rok 2025 i pojawił się „DOOM The Dark Ages”, który znowu zmienił zasady rozgrywki. Czy tym razem gra trafiła w moje gusta?
Powrót do przeszłości
„DOOM The Dark Ages” opowiada historię Slayera sprzed
wydarzeń przedstawionych w „DOOM 2016”. Cywilizacja z Argent d’Nur jest właśnie
w trakcie pełnoskalowej wojny z najeżdżającymi ją hordami demonów pod
przywództwem księcia Ahzraka, szukającego serca Argentu. Na jego drodze stajemy
my, czyli spuszczony z łańcucha drapieżnik wycinający piekielne legiony w pień.
Największą zmianą w najnowszej odsłonie serii jest
walka i jak dla mnie jest to najlepszy system, jaki w nowych „DOOMach” został
zastosowany. Tym razem Slayer to chodzący czołg, którego kroki dudnią o ziemię,
a skoki z większej wysokości miażdżą pod sobą pomniejszych przeciwników. Z
racji ogólnie mniejszej zwinności naszego bohatera, tym razem ma on na
wyposażeniu tarczę, która działa jak latająca piła tarczowa i pawęż w jednym.
Możemy ją wykorzystać zarówno defensywnie, blokując wszystkie ataki
przeciwników tak długo, jak miernik wytrzymałości tarczy nie spadnie do zera –
wtedy chwilowo się on odnawia – lub ofensywnie, rzucając tarczą jak dyskiem,
który z miejsca zabija pomniejsze demony, a większe unieruchamia i czyni
bezbronnymi na kilka sekund.
Inną nowością jest poszerzony arsenał broni do walki wręcz, która w porównaniu z „Eternalem” jest faktycznie groźna. Jest to nasza pięść w opancerzonej rękawicy, korbacz oraz maczuga. Do tego dochodzi spory arsenał broni palnej, w większości dobrze znanej z poprzednich części, ale jest też kilka nowych dodatków, jak wyrzutnia kuli na magicznym łańcuchu lub karabin strzelający fragmentami zmielonych czaszek. Całość umożliwia wykonywanie płynnych kombinacji ataków, gdzie możemy najpierw sparować atak przeciwnika, rzucić w niego tarczą, wpakować strzał z dwururki z przyłożenia i wykończyć uderzeniem korbacza w głowę. I jest to bardzo satysfakcjonujące doświadczenie oraz dużo bardziej przystępne niż szybka zmiana broni, jaka była wymagana do grania na wyższych poziomach trudności w „Eternalu”.
Broń dalej możemy ulepszać, tym razem zdobywając złoto
i kamienie szlachetne, które możemy wymieniać na ulepszenia przy specjalnych
ołtarzach. Zwiększenie maksymalnego poziomu życia, pancerza i amunicji dokonuje
się poprzez pokonanie minibossa i wyrwanie jego serca. Ostatnim ciekawym
smaczkiem są etapy, w których możemy pokierować Atlanem, czyli wielkim mechem służącym
do walki z piekielnymi Tytanami, oraz dosiąść Serrata – cybernetycznego smoka z
dwoma minigunami osadzonymi na siodle. Mechaniki w tych sekcjach nie są
specjalnie odkrywcze, ale stanowią przyjemne urozmaicenie rozgrywki.
Bestiariusz
W grze przeciw nam staje większość dobrze znanych z
poprzednich odsłon demonów. Część z nich przeszła większe czy mniejsze zmiany
kosmetyczne, w większości stylizowane na średniowieczne elementy opancerzenia i
uzbrojenia. Za to większość posiadła zupełnie nowe ataki, które dzielą się
zasadniczo na dwa rodzaje. Czerwone można tarczą tylko zablokować, za to
zielone można sparować i odbić je w stronę przeciwnika. Jest też kilku
unikalnych bossów, którzy wprowadzają dodatkowe urozmaicenie w postaci nowych
rodzajów ataków podczas różnych faz starć z nimi. Ich rozstawienie w
poszczególnych etapach jest bardzo dobre i oferuje starcia o różnym poziomie
intensywności i trudności. Jednym słowem – nie będziemy się z nimi nudzić.
Grafika, dźwięk i inne technikalia
Jak zwykle w przypadku gier od id Software, czy to
tworzonych przez pierwotną ekipę, czy przez nowy narybek pod postacią Billy’ego
Khana, zawsze były one świetne od strony technicznej i często wyznaczały nowe
trendy dla całej branży. W przypadku „DOOM The Dark Ages” mamy do czynienia z
najnowszą odsłoną ich silnika o nazwie id Tech 8. Główne zmiany względem
poprzednika to możliwość wyświetlania znacznie większej ilości przeciwników na
ekranie, wsparcie dla path tracingu, wbudowany realistyczny silnik fizyki
obiektów oraz możliwość budowania zniszczalnych obiektów. Wszystko to wygląda w
grze wręcz fenomenalnie i działa bardzo płynnie na moim sprzęcie – Intel i5
10600KF, GeForce RTX 3060 Ti 8 GB i 16 GB RAM-u. Tak jak wspomniałem, sama
oprawa graficzna przypomina to, co znamy z części poprzednich – czyli jak żywa
okładka odjechanego w kosmos albumu heavy metalowego, tym razem z dodatkiem
pseudośredniowiecznych elementów. Dla fanów świata ciekawa będzie możliwość
podejrzenia, jak wyglądała cywilizacja Argent d’Nur sprzed upadku.
W warstwie dźwiękowej jest już trochę gorzej. O ile same efekty dźwiękowe broni, demonów oraz głosy postaci w przerywnikach fabularnych, których jest całkiem sporo, są bez zarzutu, to w warstwie muzycznej jest po prostu średnio. Tym razem za muzykę odpowiedzialni są Finishing Move Inc. Ich muzyka nie jest zła, ale też niczym specjalnym się nie wyróżnia. W zasadzie jedyny kawałek, jaki wpadł mi w ucho, to „Unchained Predator”, inne po prostu są gdzieś w tle. Trzeba przyznać otwarcie, że id Software zrobiło sobie dużą krzywdę, psując współpracę z Mickiem Gordonem, którego muzyka do dwóch poprzednich części była fenomenalna. Dziwi mnie też, czemu nie zatrudnili Andrew Hulshulta, który zrobił świetne kawałki do dodatków do „DOOM Eternal”. Wielka szkoda.
Z ciekawostek technicznych jestem bardzo mile zaskoczony szybkością wczytywania poszczególnych etapów w grze. Z instalacji na dysku SSD SATA III wczytują się one w ciągu kilku sekund. Jest to naprawdę miłe doświadczenie po innych tytułach, które wyglądają gorzej, a wczytują się znacznie dłużej.
Werdykt
„DOOM The Dark Ages”, jak dla mnie, to gra może nie
fenomenalna, bo nie ma co się oszukiwać – drugiego tak dobrego wrażenia, jak
„DOOM 2016”, wywrzeć się nie da – ale za to jest cholernie wciągająca i bardzo
przyjemna. Zaserwowany nam combat loop jest niesamowicie satysfakcjonujący i
trudno mi się od niego oderwać. Do tego ciekawe projekty demonów, ładne,
szczegółowe, zróżnicowane otoczenia, znajdki, ulepszenia broni czy naszej
postaci – wszystko to sprawia, że każdy etap chce się zrobić na 100%. Ponadto
nienajgorsza fabuła, świetnie wykonany dźwięk i ogólne doskonałe dopracowanie
techniczne tej produkcji sprawiają, że całość jest po prostu bardzo przyjemnym
doświadczeniem. Do pełni szczęścia brakuje tylko lepszej muzyki – może
następnym razem? Polecam każdemu fanowi „DOOMa”, a szczególnie tym, którym
„Eternal” nie przypadł do gustu. Rozrywajcie ich na strzępy, aż będzie po
wszystkim 😉











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz