środa, 31 grudnia 2025

DOOM The Dark Ages – na koniec roku gra z dwóch grubych rur

„DOOM”, gra legenda i jeden z najważniejszych tytułów w historii gier, który zapoczątkował cały gatunek FPS. Wydany w 1993 roku, doczekał się rok później kontynuacji, która była jeszcze lepszą wersją części pierwszej. Na kolejną odsłonę przyszło nam czekać 10 lat i wydany w 2004 roku „DOOM 3” jest chyba najbardziej polaryzującym tytułem wśród fanów serii. Gra odeszła bowiem od szybkiego strzelania na rzecz gry bardziej w stylu survival horroru, z potężną ilością wiadomości i audiologów, które budowały bardzo złożoną historię świata gry, co mnie osobiście przypadło do gustu. Potem marka zeszła ze sceny, zastąpiona przez Quake’a, a stara gwardia id Software wykruszyła się prawie do reszty. I to nowy narybek w 2014, a w 2016 wypuścił odświeżonego „DOOMa”, który graficznie i rozgrywkowo po prostu pozamiatał. 

Tytuł ten dawał graczom wszystko, czego tylko mogli chcieć – świetny i bardzo brutalny model biegania, strzelania i rozrywania demonów gołymi rękami na strzępy, kodeks pełny dokładnych zapisków o wszystkich miejscach, broniach, postaciach i potworach w grze oraz fenomenalnie wyglądające etapy, pełne wartkiej akcji i różnego rodzaju sekretów do odkrycia. A wszystko to okraszone zostało doskonałą mieszanką muzyki elektronicznej i metalu w wykonaniu Micka Gordona. Wszyscy grą byli jednoznacznie zachwyceni. Idąc za ciosem, w 2020 roku wypuszczono „DOOM Eternal”, który dość mocno zmieniał nacisk na pewne elementy rozgrywki i tym razem podzielił fanów. Mnie akurat ta część nie przypadła specjalnie do gustu i po przejściu jej na 100% na Ultra-Violence nie zamierzam już do niej nigdy wracać – była po prostu zbyt męcząca. Później nastał rok 2025 i pojawił się „DOOM The Dark Ages”, który znowu zmienił zasady rozgrywki. Czy tym razem gra trafiła w moje gusta?

Powrót do przeszłości

„DOOM The Dark Ages” opowiada historię Slayera sprzed wydarzeń przedstawionych w „DOOM 2016”. Cywilizacja z Argent d’Nur jest właśnie w trakcie pełnoskalowej wojny z najeżdżającymi ją hordami demonów pod przywództwem księcia Ahzraka, szukającego serca Argentu. Na jego drodze stajemy my, czyli spuszczony z łańcucha drapieżnik wycinający piekielne legiony w pień.


Walka

Największą zmianą w najnowszej odsłonie serii jest walka i jak dla mnie jest to najlepszy system, jaki w nowych „DOOMach” został zastosowany. Tym razem Slayer to chodzący czołg, którego kroki dudnią o ziemię, a skoki z większej wysokości miażdżą pod sobą pomniejszych przeciwników. Z racji ogólnie mniejszej zwinności naszego bohatera, tym razem ma on na wyposażeniu tarczę, która działa jak latająca piła tarczowa i pawęż w jednym. Możemy ją wykorzystać zarówno defensywnie, blokując wszystkie ataki przeciwników tak długo, jak miernik wytrzymałości tarczy nie spadnie do zera – wtedy chwilowo się on odnawia – lub ofensywnie, rzucając tarczą jak dyskiem, który z miejsca zabija pomniejsze demony, a większe unieruchamia i czyni bezbronnymi na kilka sekund.

Inną nowością jest poszerzony arsenał broni do walki wręcz, która w porównaniu z „Eternalem” jest faktycznie groźna. Jest to nasza pięść w opancerzonej rękawicy, korbacz oraz maczuga. Do tego dochodzi spory arsenał broni palnej, w większości dobrze znanej z poprzednich części, ale jest też kilka nowych dodatków, jak wyrzutnia kuli na magicznym łańcuchu lub karabin strzelający fragmentami zmielonych czaszek. Całość umożliwia wykonywanie płynnych kombinacji ataków, gdzie możemy najpierw sparować atak przeciwnika, rzucić w niego tarczą, wpakować strzał z dwururki z przyłożenia i wykończyć uderzeniem korbacza w głowę. I jest to bardzo satysfakcjonujące doświadczenie oraz dużo bardziej przystępne niż szybka zmiana broni, jaka była wymagana do grania na wyższych poziomach trudności w „Eternalu”.

Broń dalej możemy ulepszać, tym razem zdobywając złoto i kamienie szlachetne, które możemy wymieniać na ulepszenia przy specjalnych ołtarzach. Zwiększenie maksymalnego poziomu życia, pancerza i amunicji dokonuje się poprzez pokonanie minibossa i wyrwanie jego serca. Ostatnim ciekawym smaczkiem są etapy, w których możemy pokierować Atlanem, czyli wielkim mechem służącym do walki z piekielnymi Tytanami, oraz dosiąść Serrata – cybernetycznego smoka z dwoma minigunami osadzonymi na siodle. Mechaniki w tych sekcjach nie są specjalnie odkrywcze, ale stanowią przyjemne urozmaicenie rozgrywki.

Bestiariusz

W grze przeciw nam staje większość dobrze znanych z poprzednich odsłon demonów. Część z nich przeszła większe czy mniejsze zmiany kosmetyczne, w większości stylizowane na średniowieczne elementy opancerzenia i uzbrojenia. Za to większość posiadła zupełnie nowe ataki, które dzielą się zasadniczo na dwa rodzaje. Czerwone można tarczą tylko zablokować, za to zielone można sparować i odbić je w stronę przeciwnika. Jest też kilku unikalnych bossów, którzy wprowadzają dodatkowe urozmaicenie w postaci nowych rodzajów ataków podczas różnych faz starć z nimi. Ich rozstawienie w poszczególnych etapach jest bardzo dobre i oferuje starcia o różnym poziomie intensywności i trudności. Jednym słowem – nie będziemy się z nimi nudzić.

Grafika, dźwięk i inne technikalia

Jak zwykle w przypadku gier od id Software, czy to tworzonych przez pierwotną ekipę, czy przez nowy narybek pod postacią Billy’ego Khana, zawsze były one świetne od strony technicznej i często wyznaczały nowe trendy dla całej branży. W przypadku „DOOM The Dark Ages” mamy do czynienia z najnowszą odsłoną ich silnika o nazwie id Tech 8. Główne zmiany względem poprzednika to możliwość wyświetlania znacznie większej ilości przeciwników na ekranie, wsparcie dla path tracingu, wbudowany realistyczny silnik fizyki obiektów oraz możliwość budowania zniszczalnych obiektów. Wszystko to wygląda w grze wręcz fenomenalnie i działa bardzo płynnie na moim sprzęcie – Intel i5 10600KF, GeForce RTX 3060 Ti 8 GB i 16 GB RAM-u. Tak jak wspomniałem, sama oprawa graficzna przypomina to, co znamy z części poprzednich – czyli jak żywa okładka odjechanego w kosmos albumu heavy metalowego, tym razem z dodatkiem pseudośredniowiecznych elementów. Dla fanów świata ciekawa będzie możliwość podejrzenia, jak wyglądała cywilizacja Argent d’Nur sprzed upadku.

W warstwie dźwiękowej jest już trochę gorzej. O ile same efekty dźwiękowe broni, demonów oraz głosy postaci w przerywnikach fabularnych, których jest całkiem sporo, są bez zarzutu, to w warstwie muzycznej jest po prostu średnio. Tym razem za muzykę odpowiedzialni są Finishing Move Inc. Ich muzyka nie jest zła, ale też niczym specjalnym się nie wyróżnia. W zasadzie jedyny kawałek, jaki wpadł mi w ucho, to „Unchained Predator”, inne po prostu są gdzieś w tle. Trzeba przyznać otwarcie, że id Software zrobiło sobie dużą krzywdę, psując współpracę z Mickiem Gordonem, którego muzyka do dwóch poprzednich części była fenomenalna. Dziwi mnie też, czemu nie zatrudnili Andrew Hulshulta, który zrobił świetne kawałki do dodatków do „DOOM Eternal”. Wielka szkoda.

Z ciekawostek technicznych jestem bardzo mile zaskoczony szybkością wczytywania poszczególnych etapów w grze. Z instalacji na dysku SSD SATA III wczytują się one w ciągu kilku sekund. Jest to naprawdę miłe doświadczenie po innych tytułach, które wyglądają gorzej, a wczytują się znacznie dłużej.

Werdykt

„DOOM The Dark Ages”, jak dla mnie, to gra może nie fenomenalna, bo nie ma co się oszukiwać – drugiego tak dobrego wrażenia, jak „DOOM 2016”, wywrzeć się nie da – ale za to jest cholernie wciągająca i bardzo przyjemna. Zaserwowany nam combat loop jest niesamowicie satysfakcjonujący i trudno mi się od niego oderwać. Do tego ciekawe projekty demonów, ładne, szczegółowe, zróżnicowane otoczenia, znajdki, ulepszenia broni czy naszej postaci – wszystko to sprawia, że każdy etap chce się zrobić na 100%. Ponadto nienajgorsza fabuła, świetnie wykonany dźwięk i ogólne doskonałe dopracowanie techniczne tej produkcji sprawiają, że całość jest po prostu bardzo przyjemnym doświadczeniem. Do pełni szczęścia brakuje tylko lepszej muzyki – może następnym razem? Polecam każdemu fanowi „DOOMa”, a szczególnie tym, którym „Eternal” nie przypadł do gustu. Rozrywajcie ich na strzępy, aż będzie po wszystkim 😉

 

sobota, 13 grudnia 2025

Cleared Hot - list miłosny do legendarnej serii Strike (early access)

"Desert Strike" i "Jungle Strike" to dwie legendarne gry z komputera Amiga i PC z lat 1990. Co prawda gier z tej serii było łącznie pięć, to jednak z racji wydania ich tylko na konsole "Urban", "Soviet" i "Nuclear" są dziś o wiele mniej rozpoznawalne niż dwa pierwsze tytuły. A, że już od jakiegoś czasu panuje moda na robienie remaków popularnych tytułów z końcówki poprzedniego stulecia dlatego Not Knowing Corporation postanowiło stworzyć swój remake serii pod auspicjami MicroProse Software. Co z tego wyszło?

Wirniki idą w ruch

Dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z serią "Strike", jest to gra w rzucie izometrycznym, w której latamy śmigłowcem i wykonujemy różne misje polegające na niszczeniu celów, przejmowaniu wrogiego sprzętu oraz ratowania sprzymierzonego personelu. Do tego musimy unikać wrogiego ostrzału oraz pilnować stanu naszego śmigłowca, zapasów amunicji czy poziomu posiadanego paliwa. Formuła prosta i wciągająca, która w "Cleared Hot" została doskonale uwspółcześniona.

Gdzieś we Wschodnim Teksasie

"Cleared Hot" opowiada historię XXX, byłego pilota wojskowego, który został wyrzucony z armii za niesubordynację, która doprowadziła do jego zestrzelenia podczas operacji na Bliskim Wschodzie. Śpiąc w swojej przyczepie dostaje nagle informację o możliwości zakupu śmigłowca Hughes AH-6 Little Bird za skromne 30000 USD. Niestety nie posiada on takiej gotówki, ale od czego są przyjaciele. Jeden szybki telefon, chwila przekonywania i stajemy się posiadaczami naszego pierwszego śmigłowca. 

Nasze pierwsze zadania są dość proste i idealnie zaznajamiają nasz z mechaniką latania oraz stosowania wyciągarki. Jest ona przydatna nie tylko do wciągania na pokład zapasowej amunicji czy ludzi, ale może zostać wykorzystana do przenoszenia ciężkich obiektów oraz ciskania nimi w przeciwników, a także rzucania samymi przeciwnikami w różne przeszkody. Wraz z zaimplementowanym modelem fizyki pozwala to dość kreatywnie bawić się elementami otoczenia bez potrzeby korzystania z broni.

Życie najemnika

W wersji Early Access dostępne jest łącznie 15 misji dziejących się na amerykańskiej pustyni. Są one różnorakie a łączący ją wątek fabularny nie jest może odkrywczy ale nie jest też banalny. Otóż w jednej z pierwszych misji rozwścieczymy grupę separatystycznie nastawionych rednecków, którzy postanowią eskalować konflikt do stopnia praktycznie otwartej wojny z miasteczkiem, w którym żyjemy. Dzięki pomocy samych mieszkańców oraz rządowego agenta udaje się nam ten atak odeprzeć i zacząć atakować terytorium wroga gdzie ścieramy się z coraz groźniejszym sprzętem, zarówno stacjonarnym jak i ruchomym.

Za każdą wykonaną misję otrzymujemy pewne z góry określone wynagrodzenie oraz bonusy za zabierania skrzynek z gotówką porozrzucanych po planszy. Każdą z misji, którą ukończymy, możemy rozgrywać ponownie dowolną ilość razy gromadząc gotówkę, którą można potem wydać na nowe modele śmigłowców, których jest łącznie 8 i każdym lata się inaczej, oraz nowe rodzaje uzbrojenia podzielone na cztery kategorie. Wszystko to odbywa się w naszym hangarze, gdzie każdy ze śmigłowców i broni jest bardzo dobrze opisana, a do tego możemy zabrać nasz nowy zestaw na krótki lot próbny.

Samo latanie śmigłowcem jest banalnie proste i sprawia dużo frajdy. Tak samo strzelanie do przeciwników, które powoduje albo rozsmarowanie wrogiej piechoty na szkarłatną miazgę albo wysadzenie w powietrze różnego rodzaju budynków, wyrzutni i pojazdów. Jedyne o co będziemy się w trakcie walk musieli martwić to poziom wytrzymałości naszego śmigłowca oraz zapas amunicji do rakiet. Wszelkiej maści działka, chociaż się przegrzewają od dłuższego strzelania, mają nieskończony zapas amunicji dlatego nigdy nie jesteśmy bezbronni. Jedyną rzeczą jaka z serii "Strike" nie znalazła się w opisywanej grze jest ograniczona ilość paliwa do naszego śmigłowca i jest to moim zdaniem zmiana na plus.

Grafika i dźwięk

Grafika, choć dość prosta, jest bardzo przyjemna dla oka i czytelna. Animacje pojazdów i postaci są płynne, a efekty towarzyszące różnego rodzaju wystrzałom czy eksplozjom wyglądają naprawdę dobrze. Całość sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Jedyny mankament to fakt, że przy szybszym przemieszczaniu się czasem nasz śmigłowiec wadzi nosem o wzniesienia, chociaż powinien utrzymywać stałą względną wysokość nad ziemią. Ale nie otrzymujemy z tego powodus uszkodzeń zatem jest to w zasadzie drobny mankament.

W warstwie dźwiękowej również wszystko zrobione jest bardzo przyzwoicie. Każda z broni ma inne efekty przy strzelaniu, tak samo różne rodzaje przeciwników czy używanych przez nich broni. W czasie gry przygrywają bardzo klimatyczne utwory symulujące muzykę z lat 1980 i 90 a wszystkie kwestie wypowiadane przez postaci podczas wprowadzeń do misji czy w trakcie nich są odgrywane przez aktorów. Jest to bardzo przyjemny i istotny szczegół, który pozwala jeszcze lepiej wczuć się w klimat gry.

Werdykt

"Cleared Hot" jest świetną propozycją dla wszystkich fanów serii "Strike" oraz fanów arcadowych gier o latających pojazdach w ogóle. Wartka akcja, dużo latających maszyn i broni do wyboru, prosta ale nie pozbawiona detali grafika, przyjemna muzyka i dobrze zagrane scenki fabularne na pewno przykują uwagę na dłużej. Obecnie w sprzygotowaniu są kolejne dwa rozdziały, z których drugi będzie dział się w dżungli, a trzeci nie został na razie sprecyzowany. Dlatego, jeżeli szukacie przyjemnej gierki aby zrelaksować się po pracy i powspominać "stare dobre czasy" to "Cleared Hot" jest grą dla was.

Bzzzt – bardzo szybka platformówka

Gry platformowe to jeden z najstarszych gatunków gier. Większość z nich polega na bieganiu, skakaniu, omijaniu przeszkód i unieszkodliwianiu...