niedziela, 12 lipca 2026

Turbo Overkill – retro strzelanka, która nie ma prawa być aż tak dobra

Dziś pora na kolejną retro strzelankę, lub jak kto woli – boomer shootera. Gra, która wydawała się kolejnym produktem o raczej przeciętnym rozmachu, okazała się tytułem wielkim, estetycznie ciekawym i niesamowicie grywalnym. Zapraszam do cyberpunkowego świata Johnny’ego Turbo.

Gdzieś na rubieżach kosmosu

Daleko od Ziemi, na planecie Paradise, w megamieście zbudowanym przez korporację Teratek zaczyna rozprzestrzeniać się groźna sztuczna inteligencja o nazwie Syn. Przejmując kontrolę nad coraz większą liczbą mieszkańców i zamieniając ich w cybernetyczne kreatury, jedna z wysoko postawionych dyrektorek korporacji postanawia działać. Wynajmuje ona Johnny’ego Turbo, cybernetycznego „czyściciela ulic”, aby rozprawił się z zagrożeniem. I tak zaczyna się nasza przygoda, pełna strzelania, skakania i monumentalnych widoków.

Rozwałka na całego

„Turbo Overkill” to przede wszystkim duża dawka strzelania w stylu przypominającym ten znany z nowych odsłon „DOOM-a”. W ciągu trzech epizodów, w których będziemy mieli do przejścia łącznie dwadzieścia cztery etapy, będziemy mogli skorzystać z dziesięciu rodzajów broni, z których każda posiada dwa tryby strzelania. Ponadto będziemy też nagminnie rozcinać przeciwników piłą łańcuchową zamontowaną w prawej nodze naszego bohatera. Ta mechanika pozwala nie tylko szybko pozbyć się hord pomniejszych przeciwników, ale również odzyskiwać utracone życie oraz pancerz, a także szybciej przemieszczać się po etapach.

Każdą z broni oraz same zdolności naszego bohatera będziemy mogli stopniowo ulepszać za pomocą waluty zdobywanej na pokonanych wrogach lub znajdowanej w różnych zakamarkach etapów. Dzięki temu, wraz z postępem w grze, Johnny będzie stawał się coraz potężniejszy, co przy graniu na normalnym poziomie trudności sprawi, że gra bardzo szybko zamieni się w obłędną rzeź z naszej strony, a prawdziwe problemy będą sprawiać jedynie najmocniejsi przeciwnicy oraz bossowie.

Menażeria, z jaką przyjdzie nam walczyć, jest dość zróżnicowana i dzieli się na trzy kategorie – mniejsze lub większe grupki „śmieciuchów”, których można łatwo unieszkodliwić naszą piłą łańcuchową, różne twardsze okazy, które raczej powinniśmy wykańczać z dystansu, oraz jednostki superciężkie, które wymagają szczególnej uwagi, gdyż mogą bardzo szybko zakończyć nasz żywot.

Bossowie to osobna kategoria – każdy z nich jest unikatowy, każdy ma kilka faz z różnymi rodzajami ataków, a czasem nawet kilka aren, na których z nimi walczymy. Każdy stanowi też całkiem spore wyzwanie. Dzięki sekwencjom z różnego rodzaju pojazdami rozsianymi po wszystkich trzech epizodach pod względem różnorodności rozgrywki nie możemy w tej grze narzekać na nudę.

Niepodziewanie dobra fabuła

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że gra, która jest w zasadzie krwawą jatką bez trzymanki, ma naprawdę dobrze napisaną i zaprezentowaną linię fabularną. Co prawda nasz bohater nie mówi, co też ma swoje fabularne wyjaśnienie, jednak inne postacie, które komunikują się z nami w grze, oraz nasza osobista sztuczna inteligencja S.A.M.M., której głosu użyczył John St. John (najbardziej znany z roli Duke’a Nukema), robią swoją robotę naprawdę doskonale.

Same motywy może nie są odkrywcze, ale cała historia jest spójna, ma kilka ciekawych zwrotów akcji, a przy okazji nie jest pozbawiona humorystycznych elementów. Tutaj pierwsze skrzypce grają cutscenki, które w ciekawy sposób wprowadzają nas w akcję kolejnych epizodów oraz niektórych etapów. To wszystko sprawia, że grę odbiera się jeszcze pełniej i przyjemniej.

Grafika i dźwięk

Podejście do grafiki jest w tej produkcji typowe dla gatunku boomer shooterów. Grafika nie jest przesadnie szczegółowa, a tekstury mają wyraźnie widoczne piksele. Jednak projekty przeciwników i broni, architektura poziomów oraz ogólny cyberpunkowy, neonowy klimat z dużą liczbą majestatycznych megastruktur sprawiają, że całość prezentuje się na ekranie naprawdę świetnie. Do tego dochodzą oczywiście znakomite efekty wizualne towarzyszące walce, czyli wystrzały, pociski, wybuchy oraz hektolitry krwi i flaków.

Co do dźwięku mam trochę mieszane uczucia. Świetnie zagrane postacie i doskonała muzyka są nieco zepsute przez odgłosy broni, które bez grzebania w bardziej szczegółowych ustawieniach gry są po prostu bardzo ciche. Nie wiem, czemu miał służyć taki zabieg, ale zabawa tymi ustawieniami trochę mnie sfrustrowała i stanowi lekką skazę na naprawdę świetnej produkcji.

Werdykt

„Turbo Overkill” to naprawdę kawał porządnie zrobionej gry. Wartka i bardzo widowiskowa akcja, mnogość sposobów, w jakie możemy pokonywać przeciwników bez narzucania konkretnych rozwiązań, spektakularne poziomy, doskonała muzyka, gra aktorska oraz całkiem ciekawa fabuła to niezaprzeczalne atuty tej produkcji. Dlatego, jeżeli nie jest wam jeszcze mało retro strzelanek, to w „Turbo Overkill” po prostu musicie zagrać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Turbo Overkill – retro strzelanka, która nie ma prawa być aż tak dobra

Dziś pora na kolejną retro strzelankę, lub jak kto woli – boomer shootera. Gra, która wydawała się kolejnym produktem o raczej przeciętnym...