Dziś pora na kolejną retro strzelankę, lub jak kto
woli – boomer shootera. Gra, która wydawała się kolejnym produktem o raczej
przeciętnym rozmachu, okazała się tytułem wielkim, estetycznie ciekawym i
niesamowicie grywalnym. Zapraszam do cyberpunkowego świata Johnny’ego Turbo.
Gdzieś na rubieżach kosmosu
Daleko od Ziemi, na planecie Paradise, w megamieście
zbudowanym przez korporację Teratek zaczyna rozprzestrzeniać się groźna
sztuczna inteligencja o nazwie Syn. Przejmując kontrolę nad coraz większą
liczbą mieszkańców i zamieniając ich w cybernetyczne kreatury, jedna z wysoko
postawionych dyrektorek korporacji postanawia działać. Wynajmuje ona Johnny’ego
Turbo, cybernetycznego „czyściciela ulic”, aby rozprawił się z zagrożeniem. I
tak zaczyna się nasza przygoda, pełna strzelania, skakania i monumentalnych
widoków.
Rozwałka na całego
„Turbo Overkill” to przede wszystkim duża dawka
strzelania w stylu przypominającym ten znany z nowych odsłon „DOOM-a”. W ciągu
trzech epizodów, w których będziemy mieli do przejścia łącznie dwadzieścia
cztery etapy, będziemy mogli skorzystać z dziesięciu rodzajów broni, z których
każda posiada dwa tryby strzelania. Ponadto będziemy też nagminnie rozcinać
przeciwników piłą łańcuchową zamontowaną w prawej nodze naszego bohatera. Ta mechanika
pozwala nie tylko szybko pozbyć się hord pomniejszych przeciwników, ale również
odzyskiwać utracone życie oraz pancerz, a także szybciej przemieszczać się po
etapach.
Każdą z broni oraz same zdolności naszego bohatera będziemy mogli stopniowo ulepszać za pomocą waluty zdobywanej na pokonanych wrogach lub znajdowanej w różnych zakamarkach etapów. Dzięki temu, wraz z postępem w grze, Johnny będzie stawał się coraz potężniejszy, co przy graniu na normalnym poziomie trudności sprawi, że gra bardzo szybko zamieni się w obłędną rzeź z naszej strony, a prawdziwe problemy będą sprawiać jedynie najmocniejsi przeciwnicy oraz bossowie.
Menażeria, z jaką przyjdzie nam walczyć, jest dość zróżnicowana i dzieli się na trzy kategorie – mniejsze lub większe grupki „śmieciuchów”, których można łatwo unieszkodliwić naszą piłą łańcuchową, różne twardsze okazy, które raczej powinniśmy wykańczać z dystansu, oraz jednostki superciężkie, które wymagają szczególnej uwagi, gdyż mogą bardzo szybko zakończyć nasz żywot.
Bossowie to osobna kategoria – każdy z nich jest unikatowy, każdy ma kilka faz z różnymi rodzajami ataków, a czasem nawet kilka aren, na których z nimi walczymy. Każdy stanowi też całkiem spore wyzwanie. Dzięki sekwencjom z różnego rodzaju pojazdami rozsianymi po wszystkich trzech epizodach pod względem różnorodności rozgrywki nie możemy w tej grze narzekać na nudę.
Niepodziewanie dobra fabuła
Wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że gra, która
jest w zasadzie krwawą jatką bez trzymanki, ma naprawdę dobrze napisaną i
zaprezentowaną linię fabularną. Co prawda nasz bohater nie mówi, co też ma
swoje fabularne wyjaśnienie, jednak inne postacie, które komunikują się z nami
w grze, oraz nasza osobista sztuczna inteligencja S.A.M.M., której głosu
użyczył John St. John (najbardziej znany z roli Duke’a Nukema), robią swoją
robotę naprawdę doskonale.
Same motywy może nie są odkrywcze, ale cała historia jest spójna, ma kilka ciekawych zwrotów akcji, a przy okazji nie jest pozbawiona humorystycznych elementów. Tutaj pierwsze skrzypce grają cutscenki, które w ciekawy sposób wprowadzają nas w akcję kolejnych epizodów oraz niektórych etapów. To wszystko sprawia, że grę odbiera się jeszcze pełniej i przyjemniej.
Grafika i dźwięk
Podejście do grafiki jest w tej produkcji typowe dla
gatunku boomer shooterów. Grafika nie jest przesadnie szczegółowa, a tekstury
mają wyraźnie widoczne piksele. Jednak projekty przeciwników i broni,
architektura poziomów oraz ogólny cyberpunkowy, neonowy klimat z dużą liczbą
majestatycznych megastruktur sprawiają, że całość prezentuje się na ekranie
naprawdę świetnie. Do tego dochodzą oczywiście znakomite efekty wizualne
towarzyszące walce, czyli wystrzały, pociski, wybuchy oraz hektolitry krwi i
flaków.
Co do dźwięku mam trochę mieszane uczucia. Świetnie zagrane
postacie i doskonała muzyka są nieco zepsute przez odgłosy broni, które bez
grzebania w bardziej szczegółowych ustawieniach gry są po prostu bardzo ciche.
Nie wiem, czemu miał służyć taki zabieg, ale zabawa tymi ustawieniami trochę
mnie sfrustrowała i stanowi lekką skazę na naprawdę świetnej produkcji.
Werdykt
„Turbo Overkill” to naprawdę kawał porządnie zrobionej
gry. Wartka i bardzo widowiskowa akcja, mnogość sposobów, w jakie możemy
pokonywać przeciwników bez narzucania konkretnych rozwiązań, spektakularne
poziomy, doskonała muzyka, gra aktorska oraz całkiem ciekawa fabuła to
niezaprzeczalne atuty tej produkcji. Dlatego, jeżeli nie jest wam jeszcze mało
retro strzelanek, to w „Turbo Overkill” po prostu musicie zagrać.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz