niedziela, 26 kwietnia 2026

Legacy Of Kain Ascendance – czy warto wskrzeszać zapomniane serie?

Ostatnim razem pisałem o remasterach gier „Soul Reaver 1 i 2”, dzięki którym ponownie można było się przenieść do dwóch naprawdę wspaniałych gier, gdzie liczyła się dobra fabuła i nienaganny sposób jej przedstawienia graczom. Wspomniałem wtedy też, że następny w kolejce do omówienia jest remaster ostatniej, do niedawna, części serii, czyli „Defiance”, oraz nowego tytułu, czyli „Ascendance”. Po zagraniu w oba stwierdziłem, że o „Defiance” nie będę pisał osobnego wpisu, gdyż jest to tak samo dobrze zrobiony remaster jak dwa poprzednie i jeżeli ktoś ma ochotę zagrać w tę grę bez stresów na współczesnych komputerach, to może to brać w ciemno. A co do „Ascendance”, to już tak różowo nie jest.

Historia trochę niepotrzebna

„Legacy of Kain Ascendance” toczy się głównie wokół historii Elaleth, siostry Raziela, która szuka brata, aby się na nim zemścić. Niestety nie jest to takie proste, gdyż Mobius rzucił na nią klątwę, która sprawia, że jest ona nieustannie ciskana między różnymi epokami świata Nosgoth. Z pomocą przyszedł jej tajemniczy osobnik Ky'Set'Syk, który jest w stanie opóźnić działanie klątwy, ale nie bez końca.

Gra bardzo podstawowa

„Legacy of Kain Ascendance” to platformówka, która od strony graficznej prezentuje się jako całkiem niezła gra pixelartowa, ale pod względem rozgrywki cofa się do czasów NES, i to w złym tego słowa znaczeniu. Pod względem rozgrywki gra jest maksymalnie uproszczona. Każdą z czterech postaci, jakimi możemy zagrać, będziemy robić w zasadzie to samo, czyli biegać, skakać, wykonywać jeden typ ataku mieczem oraz, w przypadku wampirów, atak z powietrza. Jest jeszcze czepianie się ścian oraz, w przypadku wampirzego rodzeństwa, możliwość latania.

I to w zasadzie tyle. W każdym etapie będziemy iść w prawo, zabijać przeciwników, pić ich krew lub podpalać, a w przypadku wampirów omijać ogień i wodę. Będziemy także musieli co jakiś czas się żywić krwią, inaczej umrzemy. Czasem może znaleźć się jeszcze jakiś sekret, który zawiera drobne ulepszenie naszych zdolności albo jakiś element opisujący świat gry. I tak jak zwykle w grach lubię na takie rzeczy polować, tak tutaj raczej tego robić nie będę.

Na końcu większości etapów czeka na nas też walka z bossami, które, podobnie jak zwykłe starcia, sprowadzają się zwykle do ciągłego powtarzania jednej kombinacji uników i ciosów. W zasadzie tylko ostatnie starcie w grze wymaga trochę więcej finezji, ale też niezbyt wiele.

Grafika i dźwięk

Graficznie nie jest najgorzej. Gra, na tle pixelartowej konkurencji, prezentuje się przyzwoicie. Grafika jest ładna, dość dopracowana i animacje postaci są niezgorsze. Są też współczesne akcenty, takie jak dynamiczne oświetlenie oraz różnego rodzaju efekty od trafień czy eksplozji.

Z dźwiękiem sprawa ma się za to nierówno i wpływa na to zasadniczo jeden aspekt – upływ czasu. Otóż każda z postaci w grze, nawet przeciwnicy, ma nagrane kwestie dialogowe. Problem w tym, że Micheal Bell, aktor grający Raziela, jedną z głównych postaci serii, ma już 87 lat. W momencie, gdy ukazywała się pierwsza gra, w której użyczał tej postaci głosu, miał on 60 lat, a w ostatniej 64. Niestety, i to z całym szacunkiem, jaki mam dla jego dokonań w dziedzinie dubbingu w ogóle, ale w obecnym stanie on już nie brzmi jak grana przez niego postać. Niestety, ale wiek robi swoje.

Simon Templeman, grający Kaina, jeszcze daje radę czytać swoje kwestie głosem, jaki znamy z poprzednich gier, ale to już pewnie też nie potrwa długo – ma w końcu obecnie 72 lata na karku. Sama jakość dialogów też pozostawia trochę do życzenia. Chociaż moim zdaniem nie są tak słabe jak w przypadku „Blood Omena 2” (któremu też przydałby się remaster), to jednak nie są na tym samym poziomie co pozostałe części serii. Niestety, ale brak Amy Hennig za sterami robi swoje.

Werdykt

Tak jak pierwotnie cieszyłem się, że ktoś próbuje ponownie zainteresować świat serią „Legacy of Kain” nie tylko poprzez remastery, tak po zagraniu w tę produkcję wolę już, żeby tej serii nikt więcej nie ruszał, chyba że miałaby to zrobić Amy, aby finalnie domknąć serię. Płytka rozgrywka, słaba historia, która mogłaby być dobrym fanfikiem, ale na pewno nie pełnoprawną częścią tej legendarnej serii, oraz, niestety, starzejący się aktorzy grający główne role to niestety nie jest przepis na grę nawet poprawną. Zagrałem i reszcie radzę omijać, chyba że będzie na jakiejś bardzo mocnej przecenie.

 

niedziela, 12 kwietnia 2026

Soul Reaver 1 i 2 Remaster – dobry jak stare wino?

Seria „Legacy of Kain”, zapoczątkowana w 1996 roku przez Silicon Knights grą „Blood Omen”, większości graczy kojarzy się z drugą grą serii, stworzoną przez Crystal Dynamics, czyli „Soul Reaver”, oraz postacią niebieskoskórego upiora Raziela. Ta początkowo prosta historia o zemście wraz z pojawianiem się kolejnych części ewoluowała w skomplikowaną opowieść, rozpatrującą takie zagadnienia jak przeznaczenie, wolna wola, definicje dobra i zła czy odpowiedzialność za losy świata. Jednak nigdy nie doczekaliśmy się definitywnego zakończenia tej opowieści, gdyż od 2003 roku nie ukazała się żadna nowa gra z tej serii. Była co prawda produkcja pt. „Nosgoth”, hero shooter osadzony pomiędzy pierwszym „Blood Omenem” i „Soul Reaverem”, jednak gra nie pożyła długo. Dlatego z lekkim zaskoczeniem przyjąłem informację, iż Aspyr, po remasterach oryginalnej serii „Tomb Raider”, postanowił tchnąć nowe życie w tę produkcję z okazji 25-lecia gry. A jak to wyszło w praktyce? 

Kain is deified…

Gry z serii „Soul Reaver” to typowi przedstawiciele gatunku action-adventure ze swojej epoki. Naszym głównym zadaniem w obydwu tytułach jest bieganie, skakanie, wspinanie się, rozwiązywanie zagadek polegających na przesuwaniu i przenoszeniu różnych elementów otoczenia oraz okazjonalna walka z przeciwnikami i bossami. Niby nic nadzwyczajnego, jednak dwa dodatkowe elementy sprawiały, że praktycznie każdy, kto w te gry grał, zakochiwał się w nich na zabój. 

Pierwszym z nich jest możliwość poruszania się w świecie gry w dwóch różnych wymiarach. Pierwszym, do którego trafiamy, jest świat duchów, w którym wszystko ma niebiesko-zielonkawy odcień, nie możemy wchodzić w interakcję z przedmiotami, woda zachowuje się jak powietrze, a niektóre obiekty zmieniają swój kształt, czasem nawet bardzo. Pozwoliło to twórcom stworzyć bardzo ciekawe zagadki przestrzenne, których rozwiązanie wymaga nieco myślenia, ale też sprawia dużo frajdy. 

Drugą, i o wiele ważniejszą rzeczą, jest historia oraz sposób, w jaki jest ona graczowi przedstawiona już od samego początku. Wszystkie kwestie wypowiadane przez postacie są odgrywane przez aktorów i wypowiadane w sposób perfekcyjnie pasujący do scen rozgrywających się na ekranie. A sposób, w jaki monologi i dialogi zostały napisane, przywodzi na myśl raczej dobre widowisko teatralne niż grę z przełomu wieków. 

Remaster

Największą różnicę widać, porównując grafikę z pierwszej części gry (klawisz F1) pomiędzy remasterem a oryginałem, chociaż szkoda, że na PC zdecydowano się na oryginalną grafikę bez filtrowania tekstur. Niemniej poprawiono dokładnie wszystko, co było można. Najwięcej zyskały modele postaci i ich tekstury, które są o kilka generacji bardziej szczegółowe niż w pierwowzorach. To samo tyczy się tekstur otoczenia w części pierwszej, które są o wiele bardziej szczegółowe niż ich oryginalne odpowiedniki. 

Niestety nie widać tego tak dobrze w części drugiej i często trzeba się bardzo przyglądać, aby dostrzec różnicę. Z tego, co udało mi się dowiedzieć z wywiadów, wynika to — o dziwo — z technologii użytej przy tworzeniu gry na PS2, która jest dużo mniej podatna na zmiany w rozdzielczości tekstur niż ta zastosowana w PS1. 


Inne elementy gry pozostały bez zmian — na dobre i na złe. Nie tknięto geometrii samych poziomów, co sprawia, że szczególnie pierwszy „Soul Reaver” wygląda momentami bardzo kanciasto. Nie zmieniono też animacji postaci, co również widać, jeśli się im bliżej przyjrzeć, gdyż część z nich wygląda niestety dość drewnianie jak na dzisiejsze standardy. 

Zmianie nie uległ również system walki w obydwu grach czy system zagadek oparty na przesuwaniu wielkich, kamiennych sześcianów i innych obiektów. Usprawniono za to poruszanie kamerą, przypisując jej sterowanie na stałe do myszki lub analoga w padzie. Niestety nie działa ona tak dobrze jak we współczesnych produkcjach, co szczególnie widać w części pierwszej. Kamera jest umieszczona dość blisko postaci Raziela, co często bardzo utrudnia wykonywanie precyzyjnych ruchów czy skoków i prowadzi do niepotrzebnej frustracji. „Soul Reaver 2” jest pod tym względem o wiele lepiej zrobiony. Ponadto ktoś zapomniał o możliwości używania innych urządzeń niż te zgodne z Xboksem czy PlayStation, gdyż mój pad do PC, którego z powodzeniem używam od lat, nie chciał z remasterem w ogóle współpracować. Jednak na klawiaturze i myszce wcale nie gra się źle. 

Udźwiękowienie

W tej warstwie na szczęście nie trzeba było nic poprawiać. Muzyka w obydwu tytułach zawsze była dobrze dopasowana do lokacji i wydarzeń, w których była odgrywana, a „Ozar Midrashim” zespołu Information Society na zawsze utkwi każdemu, kto kiedykolwiek zobaczył intro do pierwszej części gry.

A dźwięki, szczególnie kwestie wypowiadane przez postacie, to jakość sama w sobie. Cała seria „Legacy of Kain”, no może z wyjątkiem „Blood Omen 2”, jest jedną z najlepiej napisanych i zagranych serii gier, jakie do tej pory zostały stworzone. Simon Templeman jako Kain, Michael Bell jako Raziel, śp. Tony Jay jako The Elder God, Anna Gunn jako Ariel, Richard Doyle jako podstępny Moebius the Time Streamer, Paul Lukather jako Vorador oraz René Auberjonois jako Janos Audron. Każdej z wypowiadanych przez nich kwestii słucha się z nieskrywaną przyjemnością i pełną uwagą, dzięki czemu jesteśmy w stanie bardzo mocno zaangażować się w przedstawianą historię. Wspomnę tylko, że to pierwszy „Soul Reaver” i obecne w nim dialogi na poważnie zainteresowały mnie osobami stojącymi za głosami w grach czy filmach animowanych. I chwała mu za to.

 

Werdykt

Pomimo że absolutnie uwielbiam serię „Legacy of Kain”, zastanawiam się, czy ten remaster przypadnie do gustu młodszemu pokoleniu graczy, którzy do tej pory nie mieli z nią styczności. Z jednej strony z gier zostało graficznie wyciśnięte wszystko, co można było zrobić w ramach dostępnej technologii. Z drugiej — wszystkie wady starych produkcji i pewne dziś irytujące rozwiązania rozgrywki pozostały. Fanom serii na pewno taka odświeżona odsłona przypadnie do gustu. Nowym graczom już może niekoniecznie, ale moim zdaniem warto zanurzyć się w ten świetnie wykreowany świat, gdyż opowieść jest zwyczajnie tego warta.

P.S.

W kolejce czekają mnie jeszcze dwie gry: remaster „Legacy of Kain: Defiance” oraz „Legacy of Kain: Ascendance” — kompletnie nowa platformówka 2D osadzona bezpośrednio przed wydarzeniami z „Soul Reaver”. Zobaczymy, jak one mi się spodobają.

 

Citadel Remastered – polska odpowiedź na „DOOM” z Amigi w zmodernizowanej wersji na PC

Rok 1995 to dość ciekawy czas dla posiadaczy popularnych wtedy komputerów Commodore Amiga. Po pierwsze, po plajcie pierwotnej firmy rok wcze...