sobota, 31 stycznia 2026

Cultic – duchowy następca Blood

Build Engine, jeden z kamieni milowych w temacie silników graficznych drugiej połowy lat 1990, jak wszystkim fanom gier z tamtych czasów znany przede wszystkim z trzech tytułów – „Duke Nukem 3D”, „Blood” oraz „Shadow Warrior”. Wszystkie te trzy tytuły osiągnęły, w mniejszym lub większym stopniu, status kultowych produkcji. Nic dziwnego, że pokolenie, które na nich dorastało, zaczęło tworzyć swoje gry, które próbują w różnym stopniu emulować swoje klasyczne pierwowzory. Kilka podobnych tytułów już na swoim blogu opisywałem (Wrath: Aeon of Ruin, Ashes 2063, Ashes Hard Reset, Supplice, Selaco, Only Lead Can Stop Them, Viscerafest, Amid Evil - The Black Labirynth, Darkenstein 3-D, Warhammer 40000: Boltgun + Forges of Corruption) i dziś pora na kolejny. Fani „Blooda”, to prawdziwa gratka dla was. Oto „Cultic”. 

Pewnego razu w Ameryce

Jest koniec roku 1963. Miasto New Grandewel, wraz z całym hrabstwem, ogarnęła fala przestępczości: ludzie są porywani, znikają lub są mordowani bez wyraźnego powodu. My wcielamy się w postać zhańbionego detektywa, odsuniętego od śledztwa z powodu fałszywego oskarżenia o przekroczenie uprawnień. Dlatego postanawiamy wziąć sprawy we własne ręce i podążamy za ostatnim tropem – terenem dawnego zakładu dla obłąkanych w New Grandewel. Wkrótce po przybyciu zostajemy zaatakowani przez nieznanych sprawców i pozostawieni w lesie na pewną śmierć. W końcu budzimy się w płytkim grobie, otoczeni zwłokami. Czas zakończyć ten koszmar. 

Żyjemy ponownie

Powstając z grobu, zupełnie jak Caleb w „Blood”, bierzemy do ręki leżącą na ziemi siekierę i ruszamy zrobić porządek z grasującymi wszędzie kultystami. „Cultic” czerpie pełnymi garściami ze swojego pierwowzoru. Akcja jest wartka, krew leje się strumieniami, a do tego większość przeciwników chodzi w habitach i mamrocze coś w bliżej nieokreślonym języku.

Nie jest to jednak czysta kalka i gra oferuje też dużo własnych, świeżych pomysłów. Po pierwsze, walkę możemy rozgrywać na własnych zasadach. Opcja wparowania w sam środek grupy przeciwników, omijania ich ataków podskokami i szybkimi unikami czy wślizgami, jednocześnie waląc do nich z czego popadnie, jest tak samo dobra jak metodyczne atakowanie zza osłon celnymi strzałami w głowę lub ciskanie wiązkami dynamitu. Wszystko jest tu dozwolone i zwykle równie skuteczne. To my decydujemy, w czym czujemy się najlepiej.

Lokacje penetrowane przez nas w „Cultic” są w większości przypadków duże, niektóre wręcz olbrzymie, i wszystkie są pełne różnego rodzaju sekretów oraz odwołań zarówno do gier starszych, jak i współczesnych boomer shooterów. W nawigacji po nich pomagać nam będzie dobrze zaprojektowana mapa, podobna do tej, która obecna jest w nowych grach z serii „DOOM”. Ciekawostką jest, iż podobnie jak w „Selaco”, wszystkie obiekty, jakie poustawiane są na mapach, zbudowane są z voxeli (trójwymiarowych pikseli) i z dużą częścią z nich możemy wejść w interakcję. Część możemy uruchomić, inne podnieść i rzucić, a inne zniszczyć. Te dwie ostatnie opcje są szczególnie przydatne w przypadku wybuchających beczek oraz lamp naftowych. 


Arsenał

Bronie w „Cultic” zasługują na szczególną uwagę, gdyż są dość nietypowe. Co prawda toporek był już obecny w pierwszym „Quake’u”, jednak ładowany łódką nabojową pistolet, karabin typu lever-action, FG-42 czy granatnik China Lake to konstrukcje, które są w grach raczej rzadkością. Co ważne, każda z tych broni, nawet zwykły pistolet, jest użyteczna przez całą grę.

Ponadto każdą broń można ulepszyć za pomocą uniwersalnych części poukrywanych na mapach, co większość z nich czyni jeszcze bardziej niszczycielską. Chociaż jeden rodzaj broni wybija się ponad wszystkie, a są to butelka z benzyną oraz miotacz płomieni. Z racji iż nasi przeciwnicy to głównie ludzie, podpalenie ich nie jest trudne i prowadzi do bardzo szybkiej eliminacji większości napotkanych wrogów.

Bestiariusz

Walczyć będziemy głównie przeciwko odzianym w różnego koloru habity kultystom, władającym siekierami, pistoletami, strzelbami, Stenami czy granatnikiem. Część z nich jest wyposażona w tarcze, które utrudniają ich atakowanie od przodu, a kilka elitarnych rodzajów wymaga władowania dość sporej ilości amunicji, aby ich powalić. Później pojawiają się jeszcze różnego rodzaju maszkarony w postaci zombie, mutantów czy władających czarną magią opętańców. Na nudę na pewno nie będziemy narzekać. 

Grafika i dźwięk

Graficznie gra próbuje się odwoływać do estetyki „Blooda” oraz „Quake’a” i domyślnie ma włączony filtr kolorów, który dość mocno zubaża paletę barw. Ja go wyłączyłem i taką też grę prezentuję na screenach. Całość wygląda naprawdę dobrze, jest spójna koncepcyjnie oraz, pomimo swojego pozornego zacofania, prezentuje zaskakująco dużą ilość detali. Ciekawe i całkiem realistycznie wyglądające lokacje, voxelowe obiekty, czytelne projekty przeciwników, tryskająca krew i dziury po pociskach – to wszystko wygląda naprawdę dobrze. 

Co do dźwięku, to moja ocena będzie trochę subiektywna. O ile ogólnie grze nic tutaj nie dolega, wszystko naprawdę brzmi dobrze i bardzo klimatycznie, to jednak brakuje mi w tym wszystkim komentarzy naszego bohatera. „Blood”, który jest dla tej gry niezaprzeczalnym pierwowzorem, miał Caleba, którego komentarze były nieodłączną częścią całego odbioru tamtej gry. Osoby, które nigdy w „Blood” nie grały, nie będą na to w ogóle zwracać uwagi, ale mnie po prostu brakuje obłąkańczego śmiechu ilekroć wysadzam grupkę kultystów dynamitem w powietrze.

Werdykt

Pomimo że do gry podchodziłem trochę sceptycznie, głównie ze względu na grafikę, bardzo szybko się przekonałem, że jest to doskonale zrealizowany tytuł. Świetna rozgrywka, duża swoboda w podejściu do eliminacji przeciwników, wielkie mapy pełne sekretów oraz graficzna i dźwiękowa spójność całego projektu to niezaprzeczalne atuty tego tytułu. Dlatego, jeżeli jesteście fanami „Blooda” i wkurzyła was ostatnia, mało nowego wnosząca edycja tej gry wydana przez Nightdive, to może czas zainteresować się „Cultic”? Gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni.


P.S.

W sekcji Bonus Content znajduje się mapa o nazwie "I'll be home for Cultmas", gdzie twórca na swój sposób zinterpretował dwa pierwsze etapy z "Blooda". Polecam :D

 

środa, 14 stycznia 2026

Bzzzt – bardzo szybka platformówka

Gry platformowe to jeden z najstarszych gatunków gier. Większość z nich polega na bieganiu, skakaniu, omijaniu przeszkód i unieszkodliwianiu przeciwników za pomocą różnorakiej broni. Są jednak wyjątki od reguły, które skupiają się na jak najszybszym pokonywaniu stosunkowo niewielkich etapów, a każdy nasz błąd cofa nas do początku danej planszy, jak w słynnym „Super Meat Boy”. Taką grą jest też dzisiejszy „Bzzzt”, stworzony przez jednoosobowe czeskie studio KO.DLL.

W bliżej nieokreślonej przyszłości

W futurystycznym świecie para naukowców stworzyła sztuczną inteligencję o nazwie ZX. Następnie wkładają ją do ciała małego robota i przeprowadzają testy, aby sprawdzić, jak dobrze nowy byt potrafi kontrolować swoje nowe ciało. Niestety testy zostają gwałtownie przerwane przez inwazję Badberta, dawnego współpracownika Norberta i Emily. Skonstruował on urządzenie do wyłączania empatii, które założył na głowę, i teraz on oraz jego armia robotów szukają tajnej superbroni w laboratorium swoich dawnych współpracowników. Aby go powstrzymać, ZX rusza do akcji.

Biegaj, skacz, rób uniki

Osią rozgrywki w „Bzzzt” jest bieganie, skakanie i unikanie przeszkód oraz przeciwników. Przez całą rozgrywkę ani razu nie przyjdzie nam nikogo zaatakować, ale za to nasz robot będzie zdobywał kolejne ulepszenia, które sprawią, że będzie on stopniowo coraz zwinniejszy. Są to podwójny skok, nieskończony unik czy zmiana formy na czystą energię. Pomoże nam to w pokonywaniu coraz wymyślniejszych etapów pełnych kolców, pól energii i różnego rodzaju robotów, których dotknięcie (na normalnym poziomie trudności) oznacza zniszczenie ZX i powrót na początek etapu.

Same poziomy nie są zbyt długie i przejście każdego może zająć czasem mniej niż 30 sekund, pod warunkiem że wiemy, co robić. „Bzzzt” to gra, która wymaga dużej zręczności i umiejętności zapamiętywania schematów ruchów przeciwników oraz przeszkód. Nasz robot idealnie reaguje na nasze polecenia, co w połączeniu z jego rosnącymi zdolnościami pomaga wykonywać niesamowicie widowiskowe kombinacje ruchów. Przejście etapu w pełnym pędzie daje niesamowitą frajdę i choć gra do najprostszych nie należy, nie jest też tak trudna, aby z czasem stawała się frustrująca.

Gra składa się łącznie z 52 standardowych etapów oraz 24 dodatkowych, które odblokowywane są poprzez zebranie określonej ilości złotych śrubek w standardowych etapach oraz przechodzenie ich w wyznaczonym czasie. Jeżeli dla kogoś poziom trudności wydaje się za wysoki, gra oferuje jeszcze dwa łatwiejsze, które dają trzy lub nawet pięć żyć na pokonanie każdego etapu, tak aby każdy mógł się cieszyć zabawą i mieć szansę na ukończenie gry. Uważam, że jest to świetne podejście, pozwalające dopasować grę pod własne upodobania.

Grafika i dźwięk

„Bzzzt”, chociaż odwołuje się do stylistyki gier z epoki NES, jest bajecznie kolorowy, płynnie animowany i posiada całą gamę efektów świetlnych, które upiększają ślicznie zrealizowane lokacje. Lokacje, pułapki i przeciwnicy są różnorodni, ciekawie pomyślani i bardzo dobrze zrealizowani. Prezentuje się to bardzo zachęcająco.

Warstwa dźwiękowa też jest ciekawie wykonana. Efekty brzmią jak wyciągnięte prosto z 8-bitowego Atari, natomiast muzyka to porządnie przygotowane chiptune’owe kawałki. Pasują one idealnie zarówno do klimatu gry, jak i do rozgrywki i po prostu przyjemnie się ich słucha.

Werdykt

„Bzzzt” to genialna gra zarówno dla fanów hardkorowych platformówek, jak i dla bardziej casualowych graczy. Świetna, stylizowana na stare gry grafika, doskonała muzyka i dźwięk oraz świetne i precyzyjne sterowanie – to wszystko sprawia, że jest to gra naprawdę godna polecenia. Nie będziecie zawiedzeni.

Battle Axe – czysty klimat gier z automatów

  Lata przełomu lat 1980–90 to złoty okres dla gier projektowanych na automaty ustawione w mniejszych lub większych pomieszczeniach, gdzie t...