Lubię pixelarty, to pewnie wynika
z tego, iż tak wyglądały moje pierwsze gry – było w nich dużo wielkich pikseli,
które starały się sprzedać iluzję wirtualnego świata. Nic więc dziwnego, że
ilekroć widzę zwiastun jakiejś produkcji, która jest realizowana w tym
graficznym stylu, moje zainteresowanie nią jest bardzo duże. Nie inaczej było w
przypadku „Narita Boy”, którego kilka lat temu kupiłem, ale zagrałem w niego
dopiero ostatnio. Czy było warto?
W
świecie Trichromy
Nasz Twórca zapomniał o nas. Nasz
wirtualny świat jest zagrożony przez czerwonych jeźdźców pod wodzą JEGO.
Wzywamy Ciebie na pomoc, Narita Boy, abyś pokonał zbudowane programy i
przywrócił Twórcy jego wspomnienia. Bez tego nasz świat czeka zagłada – tak w wielkim
skrócie przedstawia się główna oś fabularna dzisiejszej produkcji, która oprócz
dobrej zabawy oferuje bardzo dużo względem kreacji swojego świata.
Biegaj,
skacz, siekaj i oddaj czasem strzał
„Narita Boy” to pełnokrwista platformówka w starym dobrym stylu. Nasz bohater, mierzący równo 20 pikseli wysokości, będzie musiał używać swojego, stopniowo powiększającego się arsenału ruchów, aby przemierzyć kilka krain wirtualnego świata Twórcy i odnaleźć jego wspomnienia. Na jego drodze, poza przeszkodami ściśle terenowymi oraz koniecznością znajdowania kluczy do zamkniętych drzwi, staną też zastępy Rumaków, zbuntowanych programów służących JEMU. Naszym podstawowym orężem w walce z nimi będzie Techno Miecz, broń wykuta z połączonego strumienia danych, czyli Trichromy.
Bronią tą można zadawać różnego rodzaju kombinacje ciosów, silniejsze ataki, a w ostateczności użyć jej jak strzelby. Ponadto od samego początku dostajemy dostęp do Ultra Promienia, niszczycielskiego ataku, który za cenę całego zapasu amunicji razi wszystkich wrogów znajdujących się przed naszą postacią. A to dopiero początek dostępnych w grze technik ataku i unikania obrażeń. Wszystkie będą stopniowo odblokowywane wraz z postępem w grze, a opisujące je instrukcje dość jasno wyjaśniają, jak ich używać.
Przeciwnicy, jakich spotkamy na
swojej drodze, są również bardzo różnorodni. Początkowo to proste wariacje na
temat tępych osiłków machających kończynami lub różnego rodzaju orężem. Jednak
późniejsze wariacje potrafią blokować ataki, wymagają najpierw zmniejszenia ich
pancerza specjalnym atakiem lub też wzywają w czasie walki inne stwory do
pomocy.
Na szczególną uwagę zasługują bossowie – każdy jest inny, tak pod względem wyglądu, jak i mechaniki ataków. Nie są może oni zanadto trudni, z pewnymi wyjątkami, ale trzeba się skupić na nauczeniu ich sekwencji ataków i tego, jak ich najlepiej unikać. Bez tego pokonanie ich będzie stanowić problem.
Na całe szczęście gra nie posiada
systemu żyć i kiedy zginiemy w czasie walki lub eksploracji świata, zostaniemy odrodzeni
bez żadnych kar i z pełnym zapasem zdrowia na jednym z gęsto usianych punktów
zapisu. Taka konstrukcja gry czyni ją po prostu przyjemną. Z jednej strony nie
jest za prosta i stanowi wyzwanie, z drugiej nie jest frustrująca i nie odbija
od siebie graczy, nawet jeżeli jakiś element gry trzeba kilka razy powtórzyć.
Grafika
i dźwięk
„Narita Boy” pomimo swojego pixelartowego przedstawienia świata jest grą po prostu piękną. Jej główny koncept graficzny, który przypomina baśniowy świat, gdzie zamiast fantastycznych postaci żyją dziwaczne roboty, z lekką domieszką stylizacji znanych z filmów „Tron”, jest perfekcyjnie zrealizowany.
Piękne lokacje, pełne animowanych
elementów i postaci, płynne animacje naszego bohatera oraz walczących z nim
przeciwników oraz różne smaczki dziejące się w tle sprawiają, że od ekranu nie
można się oderwać. A wszystko to jest okraszone filtrem sprawiającym, że gra
wygląda trochę, ale nie nachalnie, jakby była filmem odtwarzanym z taśmy VHS. I
mnie to się bardzo podoba.
Muzyka i dźwięk to również kawał
dobrej roboty. Wszystko brzmi tak, jak powinno, i dobrze współgra z tym, co
dzieje się na ekranie. Muzyka, utrzymana głównie w klimatach elektronicznych,
doskonale buduje atmosferę odwiedzanych lokacji czy starć z przeciwnikami. Jedyne,
na co można narzekać, to kompletny brak czytanych dialogów. W grze jest bardzo
dużo postaci, które opowiadają nam historię i różne aspekty świata, który
zwiedzamy, co powoduje też konieczność czytania dość sporych ilości tekstu.
Podłożenie głosu pod te postaci sprawiłoby, że całość byłaby o wiele
przyjemniejsza w odbiorze. Ale przy tego typu grach nie można mieć wszystkiego.
Werdykt
„Narita Boy” to bardzo dobra gra. Jest świetna jako platformówka,
ma ciekawą historię i przepiękną pixelartową prezentację. Całość dopełnia
doskonała muzyka i niezła oprawa dźwiękowa. Jeżeli lubicie tego typu klimaty
lub platformówki w ogóle, to dzisiejsza gra jest dla was pozycją obowiązkową.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz