niedziela, 20 września 2026

Tyr – starcia futurystycznych czołgów w stylu hero shooter

 

Jeżeli ktoś rzuci temat multiplayerowej gry o bitwach pancernych, to bez wątpienia pierwszymi tytułami, jakie przyjdą graczom do głowy, są „World of Tanks” oraz „War Thunder”. Są to tytuły „darmowe” i przez to bardzo popularne. Jednak ilość godzin, jaką trzeba poświęcić na odblokowanie ulubionych maszyn, szczególnie tych z wyższych poziomów, jest wręcz astronomiczna. A jeżeli nie chcemy tyle grać, to musimy płacić, i to niemało. Dlatego dziś zaprezentuję ciekawą i również darmową alternatywę, wizualnie utrzymaną w klimatach sci-fi, jednak z bardzo realistycznym podejściem do modelu walki. Witajcie w „Tyr”.

Gdzieś na nieznanej planecie

„Tyr” nie ma w zasadzie żadnej fabuły, ale z tego, co gra prezentuje, można wywnioskować jedno. Gra osadzona jest na odległym księżycu orbitującym wokół gazowego olbrzyma z pierścieniami niczym Saturn. Miejsce to musiało być świadkiem niejednej bitwy, o czym świadczą różne wraki statków kosmicznych oraz ruiny widoczne na obszarach, w których przyjdzie nam walczyć. Obecny konflikt to sama walka pancerna, gdzie wspomagane przez SI o bardzo ciekawych osobowościach czołgi będą walczyć o dominację nad przeciwnikami.

Free to play zrobione właściwie

„Tyr”, przynajmniej we wczesnym dostępie, to gra Free to play zrobiona tak, jak tego typu gry być robione powinny. Dostajemy pięć map, osiemnaście bardzo odmiennych czołgów oraz, na razie, tylko jeden tryb zabawy, team deathmatch. Z jednej strony dużo, z drugiej niewiele, jednak sama rozgrywka jest wykonana bardzo dobrze.

Każdy czołg jest inny. Podzielone na trzy klasy pojazdy, lekkie, średnie i ciężkie (zupełnie jak w czasie II wojny światowej), różnią się od siebie parametrami takimi jak szybkość poruszania, skrętu, obrotu wieży, obrażenia zadawane przez działo, czas przeładowania, grubość poszczególnych elementów pancerza oraz zdolność specjalna, która ma duże znaczenie w czasie walki.

Wszystkie te parametry można bez problemu odczytać w bardzo przejrzystym menu. Tam też będziemy ulepszać nasze czołgi w drzewkach rozwoju oraz z czasem dokupywać im nowe komponenty i rodzaje amunicji. Możliwych kombinacji wyposażenia jest bardzo dużo, gdyż oprócz ulepszeń przypisanych do danej maszyny można też kupować te należące do innych czołgów, pod warunkiem, że najpierw je w nich odblokujemy.

Same drzewka rozwoju też dają całkiem sporo możliwości konfiguracji naszych czołgów. Co ciekawe, nigdy nie jesteśmy skazani na jeden zestaw ulepszeń, gdyż te można dowolnie zmieniać pomiędzy bitwami, a sama gra pozwala na zapisanie aż sześciu odmiennych wariantów wyposażenia dla każdego z pojazdów.

Sama walka jest bardzo taktyczna i wymaga dobrej współpracy drużynowej. Żaden czołg nie jest przegięty, każdy ma swoje mocne i słabe strony, a dobrze zgrana drużyna może bez problemu pokonać nawet silniejszego w teorii przeciwnika. Strzelanie wymaga dużo myślenia i precyzji. Każdy z pojazdów ma bardzo szczegółowo zaprogramowane powierzchnie z grubszym i cieńszym pancerzem oraz miejsca szczególnie wrażliwe na ostrzał.

Wszystko to jest bardzo czytelnie oznaczone, gdy zaczynamy celować przez przyrządy – kolor czarny to powierzchnia, której w danym momencie nie przebijemy, żółty ma 50% szans na przebicie, zielony 100%, niebieski to słabe punkty potrafiące wywołać dodatkowe czasowe efekty, jak awaria silnika czy niemożność obracania wieżą.

Do tego dochodzi jeszcze system wykrywania przeciwników i kamuflowania siebie samego. Działa to podobnie jak w „WOT”, gdzie czołgi są widoczne dopiero, jak znajdują się w zasięgu naszych przyrządów. Jednak rzeczy takie jak zarośla lub używanie cichej amunicji mogą skutecznie utrudnić wykrywanie.

Z racji skomputeryzowania naszych pojazdów wszystkie informacje o stanie, wykryciu nas i przeciwników są wyświetlane na HUD i to od nas zależy, co z taką informacją zrobimy. I nie bójcie się, że to wszystko wydaje się skomplikowane. Gra ma świetny samouczek w formie filmików przygotowanych przez twórców, które doskonale tłumaczą wszystkie zasady rządzące walką w „Tyr”.

Elementem znanym z hero shooterów są zdolności specjalne każdego czołgu. Ich użycie wymaga posiadanie odpowiedniej ilości punktów energii, którą zdobywamy zadając lub otrzymując obrażenia oraz poprzez wykrywanie przeciwników. Każda nadaje konkretnemu pojazdowi odpowiedni charakter i odpowiednio użyta może znacząco wpłynąć na losy potyczki. Jednak żadne z nich nie jest magicznym sposobem na wygranie każdej gry.


Grind, którego nie ma

Na początku gry wybór pojazdów jest ograniczony do kilku maszyn z każdej kategorii. Jednak odblokowanie wszystkich dwunastu z czternastu podstawowych czołgów wraz z ich wszystkimi ulepszeniami zajęło mi około dwudziestu godzin. Da się to zrobić we wspomnianych na wstępie tytułach? Nie sądzę.

Nowe pojazdy odblokowujemy w sposób dwojaki. Albo za zarobione w grze srebro, za które możemy kupić dokładnie te czołgi, które chcemy, lub za punkty doświadczenia, ale tu gra z góry ustala, jaki następny pojazd zostanie odblokowany. Do tego dochodzi pięć dziennych bonusów, które odblokowujemy po prostu rozgrywając gry. Tam możemy trafić dodatkowe srebro, bonusy do doświadczenia konkretnych czołgów czy tego używanego do odblokowywania nowych.

W grze istnieje oczywiście waluta premium, złota, ale jak na razie używana jest ona tylko i wyłącznie do kupowania skórek czy wisiorków na czołgi. I mam nadzieję, że tak zostanie.

Grafika i dźwięk

„Tyr” działa na Unreal Engine 5 i chociaż nie jest to gra, która stawia graficznie poprzeczkę bardzo wysoko, to jest grą graficznie spójną i wykonaną w lekko kreskówkowym stylu. Same mapy, pomimo, iż wizualnie są ciekawe, nie mają przesadnej ilości detali. Co innego czołgi, z których każdy został bardzo dokładnie zaprojektowany, wyposażony w dużo detali, a część z nich bardzo przypomina prawdziwe czołgi używane w różnych okresach historycznych.

Dźwięk, podobnie jak grafika, jest skupiony wokół czołgów. Poza odgłosami strzałów, trafień i ich efektów, każdy z czołgów gada, co nadaje im unikalną osobowość. Jedne to typowi zabijacy, inne to osobowości lekko szurnięte (jeden z czołgów myśli, że jest drzewem), a jeszcze inne to mniej lub bardziej stoiccy wojownicy. I pomimo że tekstów nie ma specjalnie dużo, to są one zrealizowane bardzo dobrze, komentarze zawsze pasują do tego, co dzieje się na polu walki i dają każdemu pojazdowi unikalną osobowość. Muzyka w grze to w zasadzie jeden kawałek, który odtwarzany jest podczas przebywania w menu gry. Jest on bardzo ciekawy i przyjemnie się go słucha, ale szkoda, że jest tylko jeden.

Werdykt

Jak na grę darmową, to „Tyr” jest zrobiony wręcz wzorcowo. Nie ma, jak na razie, pay to win, nie ma przesadnego grindu, sam model strzelania i poruszania się pojazdami jest bardzo solidnie zrealizowany i w grę po prostu przyjemnie się gra. A w związku z tym, że jest za darmo, to nie poświęcenie jej kilku godzin na spróbowanie będzie po prostu karygodnym zaniedbaniem. Wiem, że nie każdemu może podobać się ta gra z uwagi na to, że nie traktuje ona o historycznych czy współczesnych pojazdach, ale zapewniam was, i tak warto spróbować, bo gra się w nią naprawdę świetnie.

 

niedziela, 6 września 2026

Narita Boy – doskonała pixelartowa przygoda

Lubię pixelarty, to pewnie wynika z tego, iż tak wyglądały moje pierwsze gry – było w nich dużo wielkich pikseli, które starały się sprzedać iluzję wirtualnego świata. Nic więc dziwnego, że ilekroć widzę zwiastun jakiejś produkcji, która jest realizowana w tym graficznym stylu, moje zainteresowanie nią jest bardzo duże. Nie inaczej było w przypadku „Narita Boy”, którego kilka lat temu kupiłem, ale zagrałem w niego dopiero ostatnio. Czy było warto?

W świecie Trichromy

Nasz Twórca zapomniał o nas. Nasz wirtualny świat jest zagrożony przez czerwonych jeźdźców pod wodzą JEGO. Wzywamy Ciebie na pomoc, Narita Boy, abyś pokonał zbudowane programy i przywrócił Twórcy jego wspomnienia. Bez tego nasz świat czeka zagłada – tak w wielkim skrócie przedstawia się główna oś fabularna dzisiejszej produkcji, która oprócz dobrej zabawy oferuje bardzo dużo względem kreacji swojego świata.

Biegaj, skacz, siekaj i oddaj czasem strzał

„Narita Boy” to pełnokrwista platformówka w starym dobrym stylu. Nasz bohater, mierzący równo 20 pikseli wysokości, będzie musiał używać swojego, stopniowo powiększającego się arsenału ruchów, aby przemierzyć kilka krain wirtualnego świata Twórcy i odnaleźć jego wspomnienia. Na jego drodze, poza przeszkodami ściśle terenowymi oraz koniecznością znajdowania kluczy do zamkniętych drzwi, staną też zastępy Rumaków, zbuntowanych programów służących JEMU. Naszym podstawowym orężem w walce z nimi będzie Techno Miecz, broń wykuta z połączonego strumienia danych, czyli Trichromy.

Bronią tą można zadawać różnego rodzaju kombinacje ciosów, silniejsze ataki, a w ostateczności użyć jej jak strzelby. Ponadto od samego początku dostajemy dostęp do Ultra Promienia, niszczycielskiego ataku, który za cenę całego zapasu amunicji razi wszystkich wrogów znajdujących się przed naszą postacią. A to dopiero początek dostępnych w grze technik ataku i unikania obrażeń. Wszystkie będą stopniowo odblokowywane wraz z postępem w grze, a opisujące je instrukcje dość jasno wyjaśniają, jak ich używać.

Przeciwnicy, jakich spotkamy na swojej drodze, są również bardzo różnorodni. Początkowo to proste wariacje na temat tępych osiłków machających kończynami lub różnego rodzaju orężem. Jednak późniejsze wariacje potrafią blokować ataki, wymagają najpierw zmniejszenia ich pancerza specjalnym atakiem lub też wzywają w czasie walki inne stwory do pomocy.

Na szczególną uwagę zasługują bossowie – każdy jest inny, tak pod względem wyglądu, jak i mechaniki ataków. Nie są może oni zanadto trudni, z pewnymi wyjątkami, ale trzeba się skupić na nauczeniu ich sekwencji ataków i tego, jak ich najlepiej unikać. Bez tego pokonanie ich będzie stanowić problem. 

Na całe szczęście gra nie posiada systemu żyć i kiedy zginiemy w czasie walki lub eksploracji świata, zostaniemy odrodzeni bez żadnych kar i z pełnym zapasem zdrowia na jednym z gęsto usianych punktów zapisu. Taka konstrukcja gry czyni ją po prostu przyjemną. Z jednej strony nie jest za prosta i stanowi wyzwanie, z drugiej nie jest frustrująca i nie odbija od siebie graczy, nawet jeżeli jakiś element gry trzeba kilka razy powtórzyć.

Grafika i dźwięk

„Narita Boy” pomimo swojego pixelartowego przedstawienia świata jest grą po prostu piękną. Jej główny koncept graficzny, który przypomina baśniowy świat, gdzie zamiast fantastycznych postaci żyją dziwaczne roboty, z lekką domieszką stylizacji znanych z filmów „Tron”, jest perfekcyjnie zrealizowany. 

Piękne lokacje, pełne animowanych elementów i postaci, płynne animacje naszego bohatera oraz walczących z nim przeciwników oraz różne smaczki dziejące się w tle sprawiają, że od ekranu nie można się oderwać. A wszystko to jest okraszone filtrem sprawiającym, że gra wygląda trochę, ale nie nachalnie, jakby była filmem odtwarzanym z taśmy VHS. I mnie to się bardzo podoba.

Muzyka i dźwięk to również kawał dobrej roboty. Wszystko brzmi tak, jak powinno, i dobrze współgra z tym, co dzieje się na ekranie. Muzyka, utrzymana głównie w klimatach elektronicznych, doskonale buduje atmosferę odwiedzanych lokacji czy starć z przeciwnikami. Jedyne, na co można narzekać, to kompletny brak czytanych dialogów. W grze jest bardzo dużo postaci, które opowiadają nam historię i różne aspekty świata, który zwiedzamy, co powoduje też konieczność czytania dość sporych ilości tekstu. Podłożenie głosu pod te postaci sprawiłoby, że całość byłaby o wiele przyjemniejsza w odbiorze. Ale przy tego typu grach nie można mieć wszystkiego.

Werdykt

„Narita Boy” to bardzo dobra gra. Jest świetna jako platformówka, ma ciekawą historię i przepiękną pixelartową prezentację. Całość dopełnia doskonała muzyka i niezła oprawa dźwiękowa. Jeżeli lubicie tego typu klimaty lub platformówki w ogóle, to dzisiejsza gra jest dla was pozycją obowiązkową.

Teardown – demolka i włamania w vixelowym wydaniu

    Posiadanie potomstwa ma całkiem dużo zalet. Jedną z nich są prośby o kupowanie gier, którymi sam bym się nie zainteresował. Jedną z taki...